Paryż w czasach zarazy

Przyjechałem do Paryża, by zaznać życia tutaj z „całym dobrodziejstwem inwentarza”. Istotnie, zaznałem niemało, ale obecne wydarzenia wprawiają mnie w bardzo dziwny nastrój.

W dniu ataku wstałem jak zawsze, wypiłem kawę i wybrałem się na uczelnię w centrum Paryża. Pod drodze wstąpiłem do kilku sklepów, bo akurat 7 stycznia zaczęły się we Francji wyprzedaże poświąteczne, więc tłumy ludzi wylęgły na największe ulice. Kiedy zbliżałem się do uniwersytetu włączyły się właśnie syreny, których nie spodziewałem się kiedykolwiek usłyszeć w żadnym dużym mieście, zaczęły także bić dzwony kościołów, a tych w Paryżu jest naprawdę dużo, dźwięk był oszołamiający. Pochodzę z małego miasta, gdzie buczenie syren oznacza zawsze jakąś tragedię i wzywa strażaków do akcji, więc wpierw pomyślałem, że stało się coś naprawdę niedobrego. Potem pomyślałem, że może to jakiś rodzaj paryskiej "godziny W" upamiętniającej jakieś nieznane mi wydarzenia.




Gdy już wszedłem do biblioteki, od razu przyczepiłem się do komputera, a jeden ze znajomych z Twittera poinformował mnie o zamachu. Przypomniałem sobie bożonarodzeniową okładkę "Charlie Hebdo", którą zobaczyłem na jednej z kioskowych witryn, kiedy po raz kolejny wybrałem się na przechadzkę po Paryżu. Pomyślałem: w Polsce takie coś by nie przeszło. Nie znałem wtedy karykatur Mahometa, które tłumnie udostępniano w social mediach, ale kiedy je zobaczyłem, zrozumiałem, czym „zawinili sobie” rysownicy. Wycie syren okazało się być alarmem w związku z atakiem terrorystycznym.

Po raz pierwszy w życiu znalazłem się tak blisko wydarzeń, które zawsze oglądam na ekranie telewizora czy komputera. Przed przyjazdem do Paryża, prawdę mówiąc, bałem się możliwych zamachów, zwłaszcza, że codziennie korzystam z RER B, linii kolejki miejskiej, której stacje były celem poprzednich dwóch największych ataków w Paryżu. Jednak rzecz, która najbardziej mnie zdziwiła, to fakt, z jaką nonszalancją Paryżanie podchodzą do sprawy ataku. W mediach przewijają się zdjęcia z Place de la Republique, gdzie tłumy ludzi trzymają w rękach kartki z nadrukiem "Je suis Charlie", ale to tylko jeden punkt miasta, które, w moich oczach, niczym nie różniło się po ataku. Ludzie na wyprzedażach dalej, także dziś, wyrywają sobie ciuchy z rąk. Jedynym może widocznym znakiem wysokiego zagrożenia terrorystycznego, ogłoszonego w Paryżu i na przedmieściach, jest fakt, że ochrona przeszukuje wchodzących na uczelnie, do większych sklepów, do większych zabytków.

Tak naprawdę znacznie bardziej stresującym wydarzeniem jest kolejny czarny epizod tego tygodnia: na przedmieściach Paryża, w Montrouge, zastrzelono wczoraj policjantkę, a podejrzani o atak zaatakowali dziś jeden z marketów w Paryżu niedaleko Porte de Vincennes i przetrzymują zakładników, w tym dzieci. Zabójstwo policjantki w Montrouge wprawiło mnie w większy niepokój, bo miasto to graniczy z miejscowością Bagneux, kilka przecznic od miejsca, w którym mieszkam.

Przyjechałem do Paryża, by zaznać życia tutaj z „całym dobrodziejstwem inwentarza”. Zaznałem tu niemało, ale obecne wydarzenia wprawiają mnie w bardzo dziwny nastrój. Być może przesadzam, bo na dobrą sprawę zawsze znajdowałem się kilka czy kilkanaście kilometrów od miejsc zagrożonych, ale jednak zazwyczaj odległości te liczyłem w tysiącach kilometrów, i nikt nie radził mi, bym nie wychodził z domu, niepotrzebnie ryzykując. Nastroje społeczne są napięte. Paryżanie mają historyczne tendencje do palenia samochodów i budowania barykad.

Piszę ten tekst śledząc doniesienia z francuskich mediów. Metro i tramwaje omijają Porte de Vincennes. Porywacze grożą zabiciem zakładników, jeśli jednostki specjalne nie zaprzestaną poszukiwań tych, których uznaje się za winnych zamachu na redakcję „Charlie Hebdo”. Trochę brak mi słów by opisać, jak te wydarzenia z jednej strony mnie nie dotyczą, ale, z drugiej strony, jak bardzo są mi bliskie, nie tylko w sensie geograficznym.

EDIT. Akcje antyterrorystów zakończono. Zamachowcy z "Charlie Hebdo" zabici, podobnie jak mężczyzna przetrzymujący ludzi w Porte de Vincennes. Jak się okazało, mieli ze sobą kontakt, uznaje się ich za dżihadystów. To jednak nie koniec historii, bowiem uciekła wspólniczka terrorysty z przetrzymującego zakładników. Wśród nich były niestety ofiary śmiertelne.
Trwa ładowanie komentarzy...